środa, 22 lutego 2017

Filmy 2016 - najlepsze, najgorsze

10 NAJLEPSZYCH:
1. MIARA CZŁOWIEKA (La Loi du marché, 2015), reż. Stéphane Brizé - za człowieczeństwo.
2. WOŁYŃ (2015), reż. Wojciech Smarzowski - za prawdę.
3. PRZEŁĘCZ OCALONYCH (Hacksaw Ridge, 2016), reż. Mel Gibson - za wiarę.
4. AŻ DO PIEKŁA (HELL OR HIGH WATER, 2016), reż. David MacKenzie - za Jeffa Bridgesa.
5. NEONOWY DEMON (NEON DEMON, 2016), reż. NWR - za szaleństwo.
6.  ŚMIERĆ LUDWIKA XIV (Le mort de Louis XIV, 2016), reż. Albert Serra - za spokój.
7.  KWIAT WIŚNI I CZERWONA FASOLA (An, 2015), reż. Naomi Kawase - za zadumę.
8.  KOSMOS (COSMOS, 2016), reż. Andrzej Żuławski - za wróbla na drucie.
9.  AVE, CEZAR! (HAIL CEZAR, 2016), Joel and Ethan Cohenowie - za to, że "film ma swoją wartość".
10. POWIDOKI (2016) reż. Andrzej Wajda - za Andrzeja Wajdę ex-equo z PITBULL: NOWE PORZĄDKI (2016), reż. Patryk Vega - oba za Bogusława Lindę. 

NAJLEPSZY SERIAL: GOMORRA - SERIA II (2016, reż. Stefano Solima)  - za krwawy hołd złożony włoskiemu kinu  ex-equo z ROZWÓD (DIVORCE, 2016, twórca: Sharon Hogan) - za tragikomedię godną Szekspira.

NAJLEPSZY DOKUMENT: KSIĄDZ (2016), reż. Maria Dłużewska - za prawdę.

NAJLEPSZY FILM KRÓTKOMETRAŻOWY: HYCEL (2016), reż. Daria Woszek - za jaja.

10. NAJGORSZYCH:
1. PLAC ZABAW (2016), reż. Bartosz M. Kowalski - za wyrachowanie.
2. POINT BREAK (2016), reż. Ericson Core - za świętokradztwo.
3.  WARSAW BY NIGHT (2014), reż. Natalia Koryncka-Gruz - za wszystko.
4. FALE (2016), reż. Grzegorz Żariczny - za nie wiadomo co.
5. WSZYSTKIE NIEPRZESPANE NOCE (2016), reż. Michał Marczak - za namaszczaną głupotę (bohaterów).
6.  NARODZINY NARODU (2016), reż. Nate Parker - za gloryfikacje dzieciobójstwa.
7.  WARCRAFT (2015), reż. Duncan Jones - za pannę z zębami jak dzik.
8. CO TY WIESZ O SWOIM DZIADKU? (DIRTY GRANDPA, 2016), reż. Dan Mazer - za De Niro.
9.   GHOSTBUSTERS (2016), reż. Paul Feig - za marnotrawstwo.
10. WEJŚCIE SMOKA! (EJDEHA VARED MISHAVAD!, 2016) Mani Haghighi - za artystyczne męki prowadzące do niczego.

wtorek, 27 grudnia 2016

"Kosmos" Krzysztofa Garbaczewskiego

Ponieważ zajęcia dziś odwołali, dr Cletus postanowił zajść do teatru. Patrzę - "Kosmos" na małej scenie w Teatrze Starym. W reżyserii niejakiego Krzysztofa Garbczewskiego, co to tego "Hamleta" Starego zrobił co 90 minut trwa ;-). Ale co tam, dawno w Starym nie byłem - mówię sobie: pójdę. Dotarłem, komplet, wejściówkę za 19 zł wykupiłem i w ciżbie "Nędzników Teatralnych" na swoje miejsce oczekuję (szczęśliwie Anka Sasnal też za "Nędznika Teatralnego" robiła - bo biletów, jak i ja nie dostała - więc razem rozmową sobie czas umilając doczekaliśmy wreszcie wejścia). I teraz zasiadam, oglądam i zastanawiam się JAK OPISAĆ TO PRZEDZIWNE DZIWOWISKO... I nasunął mi się zaraz obraz z CZŁOWIEKA SŁONIA Davida Lyncha, kiedy błąkający się po przedmieściach Londynu Doktor (Anthony Hopkins) zostaje zwabiony do jakieś dziury zatęchłej, gdzie nikczemny pijaczyna pokazuje Doktorowi Johna Merricka - dotkniętego słoniowacizną człowieka, który wygląda jak monstrum. Abstrahując od filmu Lyncha i jego bohaterów (bo jak wiadomo, John Marrick był superinteligentnym wrażliwcem, borykającym się z kalectwem), czułem się dokładnie jak Doktor-Hopkins zagoniony do jakieś dziury, gdzie mu tam pokazują freakshow. Co to K%$#wa jest??? Ja się pytam? Jakiś bryk z Gombrowicza, fonobłyski, dzikie dźwięki, które jakby ktoś przysnął to go z drzemki efektownie wybudzają, lasery-bajery, a w tym wszystkim aktorzy (pewnie dobrzy), ale zmuszeni do jakichś dzikich wygibasów i te pomysły inscenizacyjne rodem z jarmarcznej budy. Kataśkę ze zniekształconymi ustami gra chłop, co mu wsadzili taki rozwierak dentystyczny w paszczę. I lata to chłopisko jak jakiś Predator w te i we wte, a i siedzi przy stole od czasu do czasu :-))) (a te posiadówy to są filmy na wielkim ekranie pokazane - to nawet i dobre, jak ktoś okularów nie weźmie ze sobą, a siedzi daleko od sceny ;-) - raz nawet "Predator" za Jezusa "robi" w scenie stylizowanej na "Ostatnią wieczerzę"). Ale to jeszcze nic - w finale Roman Gancarczyk jako ojciec, w przebraniu Kubusia Puchatka (!!!) ryczy o tym, że lata temu "puknął" domową kuchtę (która to kuchta zjawia się jako chłop rzecz jasna w czerwonej bieliźnie) przystawiając się do swej rozwalającej malowniczo nogi scenicznej córki. Patrzę i oczom nie wierzę... Zastanawiam się O CZYM TO W OGÓLE JEST??? (Bo o CZYMŚ powinno, jak u Gombra - nie przymierzając). I dalej - jak w słynnej scenie z "Rejsu": "Kto za to płaci? Pan płaci, ja płacę, społeczeństwo!" Doprawdy to jest jakieś rozpieprzenie teatru, zamienianie go w jarmarczną budę, obraza dla zespołu i widzów. Gwoli ścisłości jeden pomysł był tylko dobry - że Jaśmina Polak (swoją drogą wspaniała kobita), grała główną postać Witolda(y) - co by się zgadzało z tożsamością wieloraką samego Gombro. Ale i to wzmocniło w jakimś sensie efekt tego cudacznego "cyrku dziwolągów", którego byłem świadkiem. Powiedzieć, że jest to powierzchowne, to nic nie powiedzieć. To jest jakieś artystyczne, mentalne przedszkole - dziecko nie umie czytać, to wycina obrazki z książki przekleja do zeszytu i koloruje po swojemu. Tak to się odbywa. Nic nie przerobione, tylko taki flow z książki, jak z dupy, byle tylko coś tam zaszumiało, zabełtało na scenie... Gdzie jest reżyser, ja się pytam? Gdzie jest dramaturg? Gdzie jest dyrektor? Gdzie jest księgowa? (No ta ostatnia jest chyba zadowolona, jednak ;-) Ale może się mylę, może te TŁUMY, co walą na taki show wiedzą lepiej, wiedzą coś, czego ja nie wiem o współczesnym teatrze, który właśnie MA BYĆ taki "efektowny ale nie efektywny", o niczym, ładnie, kolorowo i fonobłyskowo. No więc jeśli tak, to cytując Edka z "Tanga" ja "wolę kino".